Zofia Zinserling
Plon jednej audycji
Trzeciego maja 1998 r. telewizyjna jedynka nadała program “Gość w dom”, zrealizowany w moim domu rodzinnym, czyli dworze z Moniak, pow. Kraśnik, obecnie znajdującym się w Janowcu nad Wisłą i stanowiącym część tamtejszego muzeum.

“Gościa” podejmowała wprawdzie pani kustosz, mgr Ewa Jaworowska-Mazur, lecz z typową dla siebie delikatnością zaprosiła mnie do wzięcia udziału w audycji, nie chciała bowiem występować w roli pani domu, który do reformy rolnej należał do Zembrzuskich herbu Doliwa, rodziny mojej matki, a w którym ja jako ostatnia z tej rodziny przyszłam na świat.
Skorzystałam z okazji, aby wspomnieć o znanych mi osobiście lub z opowiadań mieszkańcach Moniak, pokazać trochę starych zdjęć i drobnych przedmiotów, należących do ludzi dawno już zmarłych. O ile mnie pamięć nie myli, na zakończenie programu “gość”, czyli pan Jan Wołek, zaapelował do telewidzów o zbieranie wszelkich staroci, nieraz całkiem - mogłoby się zdawać - bezwartościowych, a dla badaczy przeszłości i dla przyszłych pokoleń wprost bezcennych.
Apel w krótkim czasie przyniósł zadziwiające rezultaty.
Pierwszy napisał do pani Ewy regionalista Lucjan Świetlicki z Piask pod Lublinem, zainteresowany rodziną Zembrzuskich, i poprosił o skontaktowanie go ze mną. Nawiązaliśmy korespondencję, w trakcie jej trwania zaś przesłał mi odpisy aktów urodzenia Zembrzuskich z Brzezic, jak stwierdziłam znacznie później, potomków zasłużonego rodu kolatorów z majątku Mordy pod Siedlcami.
Zrazu nie było dla mnie jasne, czy między Zembrzuskimi z Brzecic a moimi przodkami zachodzi pokrewieństwo, w niedługim czasie jednak dostałam od pani kustosz z Janowca kolejny list, a w nim pamiątki po moich ciotecznych babkach Zembrzuskich z Moniak. Przywiózł je osobiście do muzeum pan Tadeusz Piasecki z Puław, którego babka, Katarzyna ze Świderskich Mączyńska, społecznica, prowadziła w czasie pierwszej wojny światowej ochronki dla dzieci w kilku miejscowościach na Lubelszczyźnie i stąd zapewne znała siostry Zembrzuskie. Matka pana Piaseckiego, Ludmiła Piasecka z Mączyńskich, przedwojenna nauczycielka i działaczka oświatowa w Lublinie, też miała z nimi kontakty, o czym świadczy fakt, że przechowała pamiątki po nich. Wśród tych pamiątek znajduje się zdjęcie Michaliny Zembrzuskiej, w dziewiętnastowiecznej sukni, prawdopodobnie tej samej Michaliny Klotyldy, której akt urodzenia w 1842 r. przepisał i przysłał mi pan Świetlicki. Zakładam, że Michalina dała swą fotografię komuś z moich przodków, a swoich krewnych.
Drugie zdjęcie, przedstawiające księdza, a dedykowane: “Kochanemu i drogiemu Olesiowi Zembrzuskiemu w dowód pamięci i koleżeństwa ofiaruje - Ludwik dnia 9 kwietnia 1875. Heral [?]”, jest bardziej intrygujące, bo na takie imię w żadnej z rodzin Zembrzuskich nie natrafiłam.
Dwie notki: autobiograficzna Zofii Zembrzuskiej i biograficzna, napisana przez jej siostrę w 1947 r., przechowywane w jednej kopercie ze zdjęciami i listami, pozwalają się domyślać istoty kontaktów pań Mączyńskiej i Piaseckiej z moimi babkami.
Z notek wynika, że Zofia od 1904 do 1939 roku pomagała uczącej się młodzieży, zbierała pieniądze na stypendia dla chłopców, aby jeździli na uniwersytety w miastach takich, jak Kraków, Lwów czy Praga czeska, byle nie do Moskwy i Petersburga, od 1906 roku była opiekunką Bursy przy Szkole Lubelskiej, po pierwszej wojnie światowej zaś szczególnie troszczyła się o szkoły kresowe, do których posyłała książki, pomoce szkolne, odzież i słodycze dla dzieci. Pamiętała o kościołach i zaopatrywała je w paramenty, podobnie jak strażnice KOP w książki, gry, nasiona. Dostała za swą działalność odznakę “Za służbę graniczną”, po czym w 1938 roku Srebrny Krzyż Zasługi, więc musiała być znana paniom Mączyńskiej i Piaseckiej, również pracującym społecznie, zwłaszcza na polu oświaty. Jeśli zaś była znana ona, to tak samo jej młodsza siostra i wierna towarzyszka Maria.
O tym, że audycja “Gość w dom” wywołała oddźwięk nie tylko na Lubelszczyźnie, przekonałam się tego samego 1998 roku jesienią, gdy znajoma z Warszawy zapytała mnie o związki z Zembrzuskimi, których duży grobowiec znajduje się w Mordach. Nic na ich temat nie wiedziałam, podobnie zresztą jak inni członkowie rodziny, sięgający pamięcią najdalej do prapradziadka, nabywcy Moniak, znanego ze starych zdjęć, dokumentów i napisu na grobie. Zaciekawiona pojechałam jednak dwa lata później do Mordów, znalazłam sporo materiałów o tamtejszych Zembrzuskich, ustaliłam, że od nich pochodzą ci z Brzecic, a teraz zamierzam szukać naszych wspólnych “korzeni”.
Tuż przez Bożym Narodzeniem
dostałam, znów za pośrednictwem pani kustosz z Janowca,
kolejny list, zaadresowany do pani Zembrzuskiej, a wysłany z
Wybrzeża przez pana Waldemara Malinowskiego. Cytuję duży
fragment tego listu: “... Niedawno obejrzałem część
audycji TV, w której padły słowa: Zembrzuscy z Moniak.
Pogrzebałem w bibliotece i znalazłem ‘Dzieła Zygmunta
Kaczkowskiego’ tom III. Książka opatrzona pieczęcią z
napisem ‘Biblioteka Zembrzuskich’, okalającym herb ‘Doliwa’,
oraz ręcznym pismem ‘W. Zembrzuski z Moniak’. Dotąd
miejscowość tę odczytywałem jako MONIAHY i lokowałem na
dzisiejszej Białorusi, skąd pochodzimy. Sądziłem więc, że
książka pożyczona kiedyś, przez kogoś z moich itp. itd.
Okazuje się, iż rzecz wygląda zgoła inaczej i tym bardziej
nie wiem, jaką drogą książka znalazła się u mnie. Tak czy
owak, książka ta należy do Pani...”
W odpowiedzi wyjaśniłam memu korespondentowi, że książka istotnie należała do mego pradziadka, Władysława Zembrzuskiego, zmarłego w 1911 roku, potem została zabrana z Moniak przez moją matkę, a w 1949 roku, kiedy przycisnęła nas bieda, sprzedana w sopockim antykwariacie, wraz z innymi książkami, które nosiliśmy tam ze starszym bratem. Sądziłam, że sam znalazca ją kupił, ogarnęły mnie skrupuły, lecz zostały rozwiane tymi oto słowami: “... ośmielę się stanowczo prosić o przyjęcie jej bez jakichkolwiek zobowiązań. Jest to dla mnie oczywistość, tym bardziej, że sam odzyskuję czasem okruchy rodzinnego domu z Wileńszczyzny, które różnymi, nietrudnymi do wyobrażenia kolejami losów znalazły się w cudzych rękach. Książkę tę najpewniej zgarnąłem ze sterty wyrzuconej na boisko szkolne przez pobliską bibliotekę. Był to rok 1951 lub 52...”
Nie taję, że ten tom, odzyskany po tylu latach tak niezwykłym sposobem, z radością dołączyłam do zaledwie paru innych, jakie z domu w Moniakach ocalały.
Zapowiada się, że kolejny “okruch” będzie większy, bo jak w grudniu doniosła mi pani kustosz z Janowca, pewien pan z zagranicy pokazał jej zdjęcia mego zmarłego w 1937 roku dziadka Ludwika, kobiet w kredensie, zajętych drylowaniem owoców itp. Dostał je po dawnym rządcy Moniak, którego ja już nie pamiętam, i zamierza mi zwrócić wraz z dziadkowym siodłem. Nie wątpię, że to również zawdzięczam audycji telewizyjnej, perspektywa posiadania siodła cieszy mnie bardzo, ale ponieważ nie jeżdżę konno, chętnie oddałabym je wraz z innymi pamiątkami do Muzeum Ziemiaństwa, jeśli kiedyś muzeum takie powstanie.