Zofia Zinserling
Dziadek nieznany

O rodzinie mojego ojca, Dąbrowskich herbu Rawicz, wiem niewiele, choć zachowało się sporo pięknych starych, lecz nie podpisanych zdjęć i trochę dokumentów, wśród nich list, który ku chwale przodka cytuję z zachowaniem ówczesnej pisowni:

“w Warszawie dnia 19. Lutego 1791.
Mości Panie Dąbrowski Deputacie na Trybunał Koronny z Województwa Podlaskiego. Wiadomo WPanu, iak mię zawsze interessuie, y z obowiązku do Tronu przywiązanego, y z wrodzonej przychylności do Obywatelów, o których szczęście starać się we wszystkim iest Moim chlubnym zamiarem, aby bieg sprawiedliwości w Trybunałach szedł porządnie y nieprzerwanie. W tym celu, gdy Marszałek Trybunału dla nagłych interesów własnych musiał koniecznie oddalić się z Piotrkowa, zobowiązany został JP. Lubieniecki [?] Deputat Sendomirski do siedzenia przy Lasce y utrzymywania kompletu. Wysiedział on iuż miesięcy kilka. Potrzebuie dla zdrowia nieiakiego odpoczynku, a dla interesów domowych musi także wyiechać do Galicyi. Nie można Mu odmówić tey ulgi, na którą zasłużył sobie pracowitym dosiadywaniem y postępowaniem przykładnym. Idzie teraz o to, żeby przy Lasce była osoba słuszna y poważna. Wiek WPana y konsyderacya, którą sobie potrafił ziednać przy samym rozpoczęciu teraźnieyszego Trybunału, pewną Mi czynią nadzieię, że utrzymasz w nim ten sam duch y porządek, który Mu dotąd honor czyni, aż do powrotu Marszałka do Piotrkowa w Marcu spodziewanego. Obliguię więc WPana, abyś ziechał, ieżeli niepotrafisz na 23. currentis, czegobym bardzo żądał, to przynaymniey w kilka dni późniey, do Piotrkowa, y tam iuż przybycia Marszałka doczekał. Pewny iestem, iż odpowiedź na teraźnieyszą odezwę zupełnie zaspokoi moią troskliwość. A w tey nadziei kończę ią, Boskiey WPana, Mości Panie Podlaski, polecaiąc opiece.

Stanisław August Król”

Inny dokument stwierdza:

“63 Posiedzenie Heroldyi Królestwa Polskiego odbyte dnia 16/28 Marca 1837 roku w Warszawie w pałacu Namiestników. [...]

N 919.920 P. Eligiusz i Leonard Dąbrowscy herbu Rawicz składają oryginalny Patent na order S-go Stanisława w r. 1791 Ludwikowi Dąbrowskiemu udzielony. Dwie metryki przekonywają, iż obecnie legitymujący się są wnukami wspomnianego Ludwika Dąbrowskiego, a Świadectwo b. Kommissyi Województwa Lubelskiego daje widzieć, że ojciec podających w księgi szlachty był zapisanym [...]”

W kopii świadectwa Heroldii Królestwa Polskiego z 1854 roku przeczytać można, “... jako Pan Dąbrowski Leonard Izydor Eugieniusz herbu Rawicz jest Szlachcicem Królestwa Polskiego wraz z potomstwem prawem płci obojej w Kraju zamieszkałem lub z dozwolenia Rządu w Rossyi, albo za granicą przebywającem; oraz że posiadanie tego Stanu przez Przodków od roku 1491 udowodnił.”

Ludwik, deputat na Trybunał Koronny, posiadał dobra Leśce w okręgu Lubartowskim, powiecie Lubelskim, po nim odziedziczył je Michał Dąbrowski, jego spadkobiercy zaś: Julianna, Lucyna, Leonard i Eligiusz sprzedali je w 1834 roku.

Mój dziadek Mieczysław był synem Leonarda Izydora Eugeniusza, który dóbr ziemskich już chyba nie posiadał, o czym zdaje się świadczyć “Książeczka legitymacyjna”, wystawiona w 1865 roku przez wójta gminy Niewierkowa [?] w powiecie hrubieszowskim, stwierdzająca, iż mieszka on w tej miejscowości, w domu pod numerem 1.

Z trzech synów Leonarda Izydora Eugeniusza tylko Aleksander posiadał majątek Pawłowice pod Pińczowem, ale go sprzedał, po czym służył w Wojsku Polskim jako oficer. Ludwik był adwokatem w Lublinie, Mieczysław zaś magistrem nauk przyrodzonych.

O jego niewątpliwych zdolnościach i pracowitości świadczy promocja z nagrodą drugą do klasy siódmej Gimnazjum Gubernialnego w Lublinie. Na tej cenzurze z dnia 18 lipca 1862 roku zachowanie ma Mieczysław wzorowe, stopnie bardzo dobre i celujące, z jednym tylko wyjątkiem: czwórki z języka rosyjskiego, która mówi sama za siebie.

Cytuję to, co napisano o nim w “Ziemi Lubelskiej” 4 sierpnia 1908 roku, gdyż lepszego źródła informacji nie znajdę:

    “Odchodzą od nas.
Odchodzą kolejno ostatni wychowańcy dawnych szkół polskich, będący wcieleniem hartu ducha i żelaznej pracy. Wczoraj po dwumiesięcznej walce ze śmiercią umarł Mieczysław Dąbrowski.
Urodzony w 1846 roku w Zamojskiem, jako syn Eugeniusza Dąbrowskiego, oficera wojsk polskich, ukończył w r. 1864 Liceum lubelskie, a w r. 1868 Szkołę Główną ze stopniem magistra nauk przyrodzonych. Po ukończeniu studiów uniwersyteckich poświęcił się cukrownictwu. Został naprzód chemikiem w Łaniętach w gub. warsz., w następnym roku wicedyrektorem w Sannikach w gub. warsz., później kolejno dyrektorem w Łaniętach, w Izabelinie w gub. płockiej, w Zakrzówku w gub. lubelskiej, a wreszcie zajął stanowisko dyrektora i administratora cukrowni “Opole”, które to stanowisko zajmował przez 26 lat. Oprócz tego w ostatnich czasach był jednocześnie członkiem zarządu cukrowni “Młodzieszyn” oraz członkiem zarządu i administratorem cukrowni “Trawniki”.

Zacząwszy literalnie z niczem dorobił się żelazną pracą i wytrwałością własnego kawałka ziemi - Łubek Starych niedaleko Nałęczowa. I na stanowisku rolnika tak samo jak i w cukrownictwie wysunął się na czoło.
Był jednym z założycieli Lubelskiego Stowarzyszenia Rolniczego, a ostatnio, przez szereg lat, zajmował stanowisko prezesa Zarządu Oddziału Handlowego Lubelskiego Towarzystwa Rolniczego. Gdy w roku bieżącym kończyła mu się kadencja, został wybrany ponownie jednogłośnie.
Jednocześnie w roku bieżącym był powołany przez kolegów po pługu na zaszczytne stanowisko prezesa wyborów w Towarzystwie Kredytowem Ziemskiem.
Była to ostatnia jasna chwila jego życia.
Niebawem, pojechawszy do Trawnik, zachorował na zapalenie płuc. Miało ono z początku przebieg normalny i wyzdrowienie zdawało się już zupełnie blizkiem, gdy nagle dołączyły się do tego inne komplikacje, których medycyna dotychczas zbadać nie zdołała. Pomimo starannej opieki lekarskiej ze strony najwybitniejszych lekarzy lubelskich i warszawskich ś. p. Dąbrowski uległ strasznej chorobie po 2 miesiącach, będących jednem codziennem pasowaniem się ze śmiercią. Hart ducha nie opuścił go ani na chwilę wśród męczarni. Jeszcze w ciągu choroby zajmował się wciąż powierzonemi mu sprawami.
Ś. p. Mieczysław Dąbrowski cieszył się ogólnym szacunkiem i miłością nie tylko ze strony podwładnych, pomimo że był człowiekiem bardzo wymagającym; ale jeszcze bardziej wymagającym był względem siebie samego. “Ja przede wszystkiem sobie samemu nie ufam”, mawiał żartobliwie. Był on też wzorem tak rzadkiej w dzisiejszych czasach obowiązkowości. Na niczyjej obietnicy nie można było tak polegać, jak na jego. Nikt tak jak on, w najmniejszym nawet drobiazgu nie zaniedbał wypełnienia przyjętych zobowiązań. Jednocześnie był on w stosunkach z ludźmi wzorem delikatności i uczynności. Jako szczegół charakteryzujący stosunek Zmarłego do podwładnych można przytoczyć fakt, że gdy obchodził 25-lecie dyrektorstwa cukrowni “Opole”, otrzymał medal pamiątkowy jako dar od robotników i że o Opole rozbiła się fala strejkowa
[w 1905 roku] .
Udział swój w życiu społecznem ś. p. Mieczysław Dąbrowski nie ograniczał do pracy w stowarzyszeniach mających charakter współzielczy lub zawodowy. Był on jednocześnie bardzo czynnym członkiem Związku Pracy Narodowej oraz Polskiej Macierzy Szkolnej.
Umierając, polecił serce swoje wyjąć i pochować oddzielnie w Starych Łubkach, aby dzieci jego kochały ten kawałek ziemi tak, jak go kochał ich ojciec.
Niechaj sercu jego będzie lekką ta ziemia, którą tak umiłował.”

W kolejnych numerach “Ziemi Lubelskiej” z 7 i 8 sierpnia 1908 roku opisane są dokładnie uroczystości żałobne w Lublinie, w kościele parafialnym w Wojciechowie i na miejscowym cmentarzu, przytoczone jest przemówienie, jakie na rogatce warszawskiej w Lublinie wygłosił w imieniu Towarzystwa Rolniczego hr. Edmund Scipio del Campo z Brzezic oraz mowa p. Waleckiego, wygłoszona w imieniu pracowników cukrowni “Opole” nad zwłokami ś. p. Mieczysława Dąbrowskiego w Wojciechowie.

To wszystko przeczytałam o dziadku już jako osoba całkiem dorosła, w dzieciństwie słyszałam, że umarł na zapalenie ślepej kiszki w domu przy Krakowskim Przedmieściu 58 w Lublinie, że tak był popularny, iż ulicę na długim odcinku wysłano słomą, aby nie przeszkadzał mu turkot pojazdów, które wówczas miały koła okute żelaznymi obręczami. Mój ojciec opowiadał też nam, dzieciom, że serce dziadka umieszczono w kapliczce w parku, otaczającym dwór w Łubkach. Mówił też o wrażeniu, jakie wywarło na nim obowiązkowe pocałowanie zmarłego w zimną rękę i stypa po pogrzebie, podczas której, przy suto zastawionym jadłem i trunkami stole, nastrój gości szybko zmienił się z żałobnego w biesiadny.

Ojciec niewiele więcej pamiętał, bo w 1908 roku miał lat zaledwie dziesięć. Wdowa, moja babcia Anielcia, chyba nigdy nie wspominała przy mnie o mężu, co wydaje się naturalne, gdyż urodziłam się w ćwierć wieku po jego śmierci.

Sama jakoś go sobie wyobrażałam na podstawie fotografii, tego, co przeczytałam w “Ziemi Lubelskiej” i w trzech notesikach, w których skrzętnie, acz niezbyt wyraźnie zapisywał wydatki. Są tam takie nagłówki: “Budżet od 15 stycznia do 1 paź. 1889 r.” albo: “Potrzeby pieniężne od 11.2 do 1.X 91 r.”, czy wreszcie: “Łubki dnia 5 Czerwca 1902”.

Niewątpliwie liczył pieniądze, aby kupić upragniony majątek, właśnie te Łubki pod Nałęczowem, ślicznie położone, o doskonałej glebie pszenno - buraczanej, ale zdewastowane, bez domu. Zbudował go dopiero dziadek, po czym otoczył parkiem i ogrodem.


Dwór w Łubkach (2000 rok)

Na grób jego, człowieka mi nie znanego, też nie jeździłam, zrobiłam to po raz pierwszy parę lat temu, a stwierdziwszy, że ogrodzenie wymaga naprawy, pojechałam tam znów w czerwcu 2000 roku i zaczęłam omawiać sprawę reperacji z miejscowym kowalem. Jakież było moje zdziwienie, kiedy następnego dnia podszedł do mnie mężczyzna, mniej więcej w tym samym co ja wieku, i zapytał, czy jestem krewną “dziedzica Dąbrowskiego”. Usłyszawszy odpowiedź twierdzącą, udzielił mi informacji, że w Łubkach stoi kościół, “wymodlony” przez bardzo pobożną dziedziczkę, która ongiś na mszę musiała jeździć do oddalonego o pięć kilometrów Wojciechowa. Dalej mówił, że w dworze w Łubkach jest szkoła, w parku “kapliczka”, ale serca już nie ma. Zapragnęłam choć raz zobaczyć to miejsce, co nie nastręczało trudności, gdyż właśnie wybieraliśmy się do Nałęczowa samochodem.

Z szosy, zwyczajem powojennym oczywiście poprowadzonej przez park, ukazała nam się najpierw sosna, “pomnik przyrody”, poniżej wzniesionego na skarpie kościółka, na prawo od niego zaś wielki głaz. Nie podejrzewając, co to takiego, ruszyłam w tę stronę i zobaczyłam ową “kapliczkę”, czyli wielką bryłę z czerwonego piaskowca, ze śladem po zdjęciu nagrobnym dziadka i z granitową tablicą, na której wyryto ten napis:

Pod tą płytą kamienną
Pochowano serce
Ś + P
Mieczysława
Dąbrowskiego
Właściciela dóbr Łubki
Ur. 1846 r. zm. 3 sierpnia 1908 r.

* * *

Przekazując potomnym tę miłość zagonu,
Którą w życiu wyznawał aż do chwili zgonu,
Temu kurhanowi powierzył swe serce,
By Łubek nie dano obcej poniewierce.
Niech więc to życzenie przez szereg stuleci
Będzie sakramentem dla wnuków i dzieci.

   

Z tyłu, w wykutej wnęce, mieściło się ongiś za szybką serce. Po stłuczonej szybce śladu dziś nie ma, podobnie jak po sercu, niewątpliwie skradzionym z uwagi na naczynie, w którym musiało się znajdować. Przed kamieniem stoi wysoki znicz z kutego żelaza.

Na lewo od kościoła jest dwór, z frontu pobielony i nieźle przez szkołę utrzymany, ze starymi dębami na trawniku, też “pomnikami przyrody”, o obwodzie do sześciu metrów.
Dzięki wszystkiemu, co w Łubkach zobaczyłam, nieznany dziadek stał mi się nagle bliski, zrozumiałam, czym był dla niego ten “zagon”, i pożałowałam, że nie może tym samym być dla mnie.
Nie wiem, czy jego ostatnią wolę, wyrażoną w wierszyku, wypełniłaby najstarsza wnuczka, Halina, córka zmarłego w 1920 roku dziedzica Łubek, Kazimierza, i Ireny z Baczyńskich, ponieważ z nimi urwały się kontakty rodzinne. Na pewno jednak zastosowanie się do życzenia zmarłego uniemożliwiłby jej dekret o reformie rolnej.

Z pozostałych synów Mieczysława Dąbrowskiego najmłodszy, Józef, niewątpliwie czuł się ziemianinem, skoro w jego kartotece z Buchenwaldu pod numerem więźnia 21644 figuruje taki zapis: “ D a b r o w s k i , Josef Pole geb. 30.3.02 in Opole Gutsbesitzer 18. Sep. 1943”.

O zamiłowaniu do wsi stryja Henryka, dyrektora Banku Handlowego w Lublinie, nic mi nie wiadomo, bo zmarł, kiedy byłam siedmioletnią dziewczynką.

Tadeusz, mój ojciec, studiował w Warszawie rolnictwo, w młodych latach dzierżawił różne majątki na Lubelszczyźnie, a poślubiwszy w 1930 roku Hannę Zembrzuską, pokochał jej rodzinne Moniaki jak własne. Miłość tę oboje przekazali mnie, ostatniej, która zdążyłam urodzić się na wsi.

Czwarte po Mieczysławie pokolenie Dąbrowskich przyszło na świat w Warszawie, długo po tym, jak “zagon... dano obcej poniewierce”, nie zna więc takiego uczucia, piąte zaś urodziło się i dorasta na obczyźnie.

Powrót