W Magazynie
Rzeczpospolitej z 30 czerwca br. ukazał się artykuł p. Jerzego
Domagały pt." Panowie Szlachta".
Już we wstępie tekstu dowiadujemy się, że ludzie zajmujący
się badaniem historii rodzin to "Hochsztaplerzy, marzyciele"
bądź "frustraci". Tekst próbuje potwierdzić tę tezę,
a szkoda, bo temat po latach stosowania jedynie słusznej wykładni
zasługuje na obiektywizm w miejsce tendencyjności i docenienie
zamiast piętnowania. Na takie docenienie stać jest ludzi na całym
świecie, gdzie genealogia od lat cieszy się ogromnym
zainteresowaniem. Jak widać w niektórych sprawach bliżej nam
wciąż do PRL niż Rzeczypospolitej.
Wierzę, że Czytelnicy po lekturze artykułu wyrobili sobie własne
zdanie, niekoniecznie tożsame z autorskim, dlatego pragnę
jedynie zwrócić uwagę na błędy merytoryczne w tekście, które
wymagają sprostowania:
1. Józef Czapski, Adam Heymowski i Lech Wałęsa nie otrzymali
szlachectwa od żadnego z monarchów europejskich. Józef Czapski
i Adam Heymowski (obaj już nieżyjący) należeli do dwóch
starych, polskich rodów szlacheckich (herbu
Leliwa i Samson) i mogli co najwyżej otrzymać "uznanie
szlachectwa" czyli indygenat. Podobny błąd popełniono (już
w innym artykule) podając sensacyjną wiadomość o uszlachceniu
Sir Johna Gielguda - podczas, gdy ród Giełgudów
cieszył się polskim, szlacheckim klejnotem setki lat zanim na
tronie brytyjskim zasiadła dynastia hanowerska zwana później
windsorską, z której wywodzi się JKW Elżbieta II.
Lech Wałęsa nie otrzymał nigdy szlachectwa, a słynne już
nieporozumienie wynika z ciekawego faktu, który warto tu
przytoczyć. Jako głowa państwa - Lech Wałęsa został
udekorowany Orderem Św. Serafina - wysokim odznaczeniem
szwedzkim. Odznaczenie ustanowiono przed wiekami, gdy wszystkie głowy
państw szczyciły się szlachectwem. Zwyczajem związanym z
dekoracją było umieszczenie herbu nowego kawalera w kaplicy
orderowej. Wraz z nastaniem
głów państwa o nie-szlacheckim pochodzeniu - problemem stało
się zadośćuczynienie wymogom orderowej tradycji. Szwedzi
postanowili więc zmodyfikować reguły dekoracji i w przypadku,
gdy kawaler nie miał swojego
herbu - nadać mu wraz z orderem herb, który jednak miałby
zastosowanie wyłącznie do celów "orderowych".
Pierwszym kawalerem nie-szlacheckiego pochodzenia, którego nowy
herb umieszczono w kaplicy orderowej - był premier
Finlandii Urho Kekkonen. Jednym z kolejnym - Lech Wałęsa, którego
herb zaprojektował... Adam Heymowski, Nadworny Bibliotekarz Króla
Szwecji, wybitny polski heraldyk. Wałęsa nie otrzymał więc
szlachectwa, a jedynie herb. Dodajmy, że posiadanie herbu nie
jest jednoznaczne ze szlachectwem i np. w Szwajcarii - wszystkie
rodziny, bez względu na pochodzenie społeczne mają swoje herby.
I jeszcze jedna ciekawostka. W kaplicy Orderu Św. Serafina
znajduje się pamiątka dekoracji Orderem Prezydenta II RP
Ignacego Mościckiego. Zgodnie ze zwyczajem Orderu - wisi tam
herb Ślepowron rodu
"tych" Mościckich.
2. Książka Rafała Prinke nosi tytuł "Poradnik genealoga
amatora".
3. Herbarz Kaspra Niesieckiego jest (w przeciwieństwie do
pozostałych wymienionych w artykule) - "dokończony"
tzn. doprowadzony do ostatniej litery alfabetu. Doczekał się
nawet suplementu zajmującego pokaźną część dziesiątego
tomu wydania lipskiego Herbarza. Oczywiście nie oznacza to, że
jest "pełny", ale na pewno "pełniejszy" niż
herbarz Adama Bonieckiego (uważany za jeden z merytorycznie
najlepszych), który "urywa się na nazwisku Makomaski
4. Heroldia w Polsce istniała. Można oczywiście dyskutować,
czy była to heroldia polska, ale nie wolno zapominać, że w
okresie zaborów w każdej ze stref zaborczych funkcjonowała
heroldia, a dodatkowo - w okresie Królestwa Polskiego działała
w Warszawie "czwarta" Heroldia Królestwa Polskiego.
5. "Nagana szlachectwa" nie była zaprzeczeniem
szlachectwa za ciężkie przewinienia. Był to po prostu środek
prawny używany w stosunku do osób, które podawały się za
szlachtę nie będąc nią. Była to jedyna przesłanka nagany
szlachectwa. "Naganiony" musiał się z zarzutu "oczyścić"
- czyli przedstawić dowód (najczęściej ze świadków), że
jest szlachcicem. Nagany często używano dla niecnych celów,
bowiem nagana zakończona sukcesem kończyła się dla oskarżyciela
nabyciem własności 1/2 majątku naganionego. Nie brakowało osób
chętnych do wykorzystania tej instytucji do celów
niegodziwych - np. oskarżenia osoby niewątpliwie szlacheckiego
pochodzenia, której jednak szanse na oczyszczenie się były
znikome (np. z powodu braku odpowiednich świadków, lub dokumentów).
6. Nie wszystkie tytuły arystokratyczne nadane szlachcie
Rzeczypospolitej były obce. Znane są tutaj wyjątki (np. hrabiów
Chodkiewiczów). Warto także przypomnieć, że polskie (sic!)
tytuły arystokratyczne nadawano cudzoziemcom.
Proszę o opublikowanie tego sprostowania. Jestem stałym
Czytelnikiem "Rzeczpospolitej", którą cenię za
obiektywizm poglądów i profesjonalne dziennikarstwo. Przyznaję,
że temat artykułu był bardzo skomplikowany i nawet rzetelność
autora w kompletowaniu informacji (którą po rozmowach z p.
Domagałą - z chęcią potwierdzam) nie okazała się być
gwarancją uniknięcia błędów i przeinaczeń. Dość
jednostronny stosunek do tematu - przemilczam. Niech sędzią będą
Czytelnicy.
Z poważaniem
Marcin Michał Wiszowaty
W Sopocie, dnia 15 lipca 2000 r.