Jerzy Adam Świdziński
Konstanty
Świdziński – zapomniany wielki Polak
Dnia 29 listopada przypada 152 rocznica śmierci Konstantego Świdzińskiego,
człowieka, którego nazwisko powinno być dobrze znane Polakom ze względu na jego
ogromne zasługi dla kultury polskiej. Ponieważ jednak tak nie jest, postanowiłem
w tym artykule przybliżyć jego postać. Z oczywistych względów jest on osobą
bardzo mi bliską i stąd w sposób naturalny jestem zainteresowany, aby
przypomnieć jego zasługi, jednak już w 1859 roku Julian Bartoszewicz pisał w
„Tygodniku Ilustrowanym”, iż Konstanty Świdziński godzien jest przed innemi,
byśmy w Tygodniku zamieścili szlachetne jego oblicze. Dziś niewiele osób
powiedziałoby, że w ogóle o nim słyszeli, dlatego pozwólcie Państwo, że poświęcę
jego wspomnieniu kilka poniższych akapitów.
Dzieciństwo i młodość
Konstanty Świdziński przyszedł na świat dnia 17 listopada 1793 roku w
Sulgostowie, a jego rodzicami byli Kajetan Świdziński i Felicjanna Hadziewicz.
Już w czwartym roku życia umarła mu matka, a ponieważ ojca często nie było w
domu, wychowywał się głównie u stryja Jana Nepomucena Świdzińskiego, gdzie w
rolę zastępczej matki z wielką troskliwością wcieliła się stryjenka Ludwika
Jabłonowska. Duży wpływ na wychowanie Konstantego miała też Marianna z
Świdzińskich Lanckorońska, zacna kasztelanowa Połaniecka, wzór cnót niewieścich
polskich. Bywał często młody Świdziński u tej matrony, rodzonej siostry dziada
swego Michała, i powoli przywykał do tych poważnych typów przeszłości, które w
nim wzbudziły tak gorące potem zamiłowanie pamiątek historycznych.
Konstanty od dzieciństwa uwielbiał się uczyć. Początkowo pomagali mu w tym
profesorowie, którzy przychodzili do domu, później ojciec wysłał go do jednego z
warszawskich liceów, które Konstanty ukończył egzaminem dojrzałości w 1812 roku.
Po liceum wybierał się na studia do Lipska lub do Getyngi, jednakże plany te
zostały przekreślone śmiercią ojca i koniecznością zajęcia się rodowym
majątkiem.
Działalność polityczna
Konstanty Świdziński zajmował się działalnością polityczną w sposób ścisły
jedynie do powstania listopadowego, bowiem po jego upadku musiał uchodzić za
granicę, do Galicji (mieszkał jakiś czas m.in. w Krakowie). Jak wspominano, w
życiu obywatelskim i społecznym pierwsze miał miejsce, najwyższe wpływy.
Dwukrotnie był marszałkiem sejmiku opoczyńskiego, piastował też urząd radcy
województwa sandomierskiego, a w roku 1828 i w latach 1830-1831 był posłem na
Sejm Królestwa Polskiego. Wtedy też poznał Aleksandra Wielopolskiego, z którym
redagował wspólnie pismo „Zjednoczenie”, i którego osoba tak bardzo zaważała w
późniejszym okresie na losach muzeum stworzonego przez Konstantego.
Jako polityk był wyznawcą zasad monarchicznych oraz zwolennikiem zasad karności
społecznej i wielkiego porządku we wszystkim. Jak pisał o nim Eustachy
Iwanowski:
Stąd idei i ruchów demokratycznych nieprzyjaciel silny. Głosowi swojemu nadawał
właściwą jemu, szczególnie go cechującą moc; wymowa jego była więcej piorunująca
niż płynna. Licznego przeciwnika w tym żywym ruchu opinii ludzkiej nie lękał
się, nie chwiał się przed nim; pilnem przejęciem się dobra publicznego dla
siebie cześć wzbudzał. Pełen był goryczy i gniewu, ale w duchu prawdy mówił i
działał. Gniew jego przeto stawał się szlachetnym. Człowiek taki należy do
filarów swego społeczeństwa. Wyobrażenia społeczne, cele pewne, czy z
większości, czy z mniejszej liczby wynikłe, w duchu czasu, lub wbrew duchowi
temu przeciwne, na takich mężach oprzeć się mogą. Są to, jak rzekłem, żyjące
filary w porządku społeczno-ludzkim. Najżywszy wylew namiętności ludzkich, burz
politycznych ich nie obali. W opinii swojej nietylko są niezachwiani, ale nie
pobici, częstokroć zwycięzcy. Przy mężach takich niema nowości w instytucjach, i
prawach, odbiją się, aby w czasie dojrzewać mogły. Nie miał K. Świdziński
strachu, bojaźni większości, nie patrzył na to, co pochlebia, lub co się podoba,
nie zważał, azali się komu naraża, kogo obrazi, rozgniewa, powodował się duchem
poświęcenia dla powziętych raz przekonań i zasad. Takim był Konstanty Świdziński
w życiu publicznem, wśród burzliwości, odmętu, ruchu i rozlicznych odmian
naszych wyobrażeń.
Gorliwy katolik
Konstanty pochodził z rodziny, która z dziada pradziada odznaczała się niezwykłą
gorliwością wiary i wielkim przywiązaniem do Kościoła. Nie dziwi więc fakt, że i
on sam, wychowany w takiej atmosferze, nie zagubił tej gorliwości, czemu całe
swoje życie dawał wyraz.
Eustachy Iwanowski wspominał:
Ś. p. Świdziński odznaczał się silnem przywiązaniem do zasad i ducha Wiary św.
katolickiej; przekonanie jego było w tem nadzwyczaj silne; nietylko sam trwał w
św. Wierze, ale popierał ją z uniesieniem; wszystkie przeciwne wyobrażenia
względem Kościoła mocno gromił i ścigał. Jakżeż w czasach tych bywały zatrute
wyobrażenia, czy to w nauce, czy w szkołach społecznych! Ludzi niedojrzałego
umysłu, nie pojmujących ducha prawdy, powierzchownie ukształconych, niby
filozofów, ostro i śmiało ścigał, wstydząc publicznie. Półmędrków był chłostą.
Lekkie umysły, dowcipne główki, zjadliwe w salonach chłopięta, drżąc przed nim
ratowały się ucieczką. Zuchwałe, zrozumiałe sofizmata, najmniejsza nieprawość
lub nieszlachetność obudzały w nim oburzenie się gwałtowne, z którem silnie się
wynurzał. Postrach słabych umysłów, otoczony był jednak stale aż do śmierci
gronem ludzi bądź umysłowo, bądź uczuciem dostojniejszych, którzy życie jego i
ostatnie chwile otaczali szacunkiem i przyjaźnią. Zawsze działający, był czynnym
i w ostatnich chwilach nawet, aż do skonu.
Rzeczywiście, nawet na łożu śmierci doprowadził do nawrócenia jedną
ewangeliczkę, hrabinę Helenę Starzyńską, której na ofiarowanej książce, drżącą
ręką napisał: „Wierz umierającemu! Wierz, że jedna tylko religia jest prawdziwą
– tu zbawienie”. W kilka dni po pogrzebie Hrabina została katoliczką, a więc –
jak pięknie to określił Iwanowski - śmierć Konstantego, choć nie zostawiła
potomka ze krwi, ale zrodziła duszę ku żywotowi wiecznemu i zbawieniu.
Mecenas sztuki i kultury polskiej
Konstanty Świdziński zasłynął jednak najbardziej jako wielki mecenas sztuki, mąż
uczony, posiadacz wielkich zbiorów wszelkich starych książek i innych pamiątek
przeszłości. Z jego materiałów korzystali m. in. Joachim Lelewel, czy Józef
Kraszewski, pozostawali z nim w ścisłej współpracy: ks. Hołowiński, Michał
Grabowski, Henryk Rzewuski, Tytus Szczeniowski, Tomasz Potocki, Henryk
Lubomirski, Andrzej Edward Koźmian i inni.
Już około 1818 roku był znany w całej Polsce jako słynny bibliofil, a przed nim
było wówczas jeszcze wiele lat, które całkowicie poświęcił nauce i zbieraniu
pamiątek. Po tym jak zamieszkał na Ukrainie wszystko co było stare, co pleśnią
wieków wyszlachetniało, wszystko to nabywał: książki, monety, obrazy. Ztąd
bardzo popularną postacią był w Kijowie. Zbliżył się do mnichów, do malarzy
obrazów świętych czyli ikonopisców i do rzeźbiarzy na cyprysie, do przekupniów
starożytności, do wszystkich oryginałów kijowskich, co jaką taką osobliwość
mieli do zbycia, a niektórym z nich stawał się patronem, opiekunem i
przyjacielem. Kiedy bawił w Kijowie, mieszkanie jego bywało jakby w oblężeniu.
Uczynny, wylany, skupiał w sobie całe życie umysłowe prowincyi. Zbierał
prenumeraty, sprzedawał obrazy; w stronach kijowskich on głównie popierał
wydawanie Albumu Wileńskiego, i pod tym względem bardzo był wymagającym.
Przy tym Świdziński był człowiekiem niezwykle otwartym i dbałym o to, aby jak
najwięcej ludzi zainteresowanych mogło korzystać z jego zbiorów. Dlatego też
nikomu nie odmawiał, gdy ten chciał pożyczyć jakieś księgi do swojej pracy, i to
nie tylko Polakom, ale i uczonym z innych krajów. Na przykład słynny historyk
rosyjski Kostomarow wiele swoich dzieł napisał w oparciu głównie o bibliotekę
Konstantego, który sam słał paczki z książkami dla rosyjskiego naukowca. Jak
zauważył Pantełejmon Kulisz:
Komu wiadomo jak drogiemi są dla bibliomana rzadkie książki, kto miał do
czynienia z antykwaryuszami, którzy drżą jak skąpcy nad swemi skarbami, ten
zrozumie całą wielkość przywiązania Świdzińskiego do nauki i całą szlachetność
jego duszy.
Nie sposób tu powiedzieć wszystkiego tego, co by trzeba było o pasji i zbiorach
Konstantego, niechże więc chociaż liczby przybliżą nam dzieło jakiego dokonał.
Gdy Józef Maksymilian Ossoliński fundował swój Instytut, biblioteka jego liczyła
ok. 19 tysięcy dzieł, ok. 700 rękopisów, 1500 rycin i 133 mapy. Świdziński
dysponował natomiast ok. 22 tysiącami dzieł (zebranymi w 25 tysiącach tomów),
1031 rękopisami, 12 tysiącami rycin, ok. 3000 monet, 246 przedmiotami
archeologicznymi i 136 obrazami. Podczas gdy Ossoliński wyznaczał na Instytut
swojego imienia rentę w wysokości 6000 florenów, to Konstanty zapisywał swojemu
muzeum majątek warty półtora miliona rubli.
Józef Łoski w „Gazecie Warszawskiej” z 1857 roku pisał z uznaniem, że Konstanty
był prawdziwym archeologiem, całą swą miłość do nauki i sztuki, całą niezłomną
energię użył na zebranie pamiątek naszej przeszłości i stworzył Muzeum Narodowe,
za co my powinniśmy imię jego na wieki otoczyć czcią i wdzięcznością. [...]
biblioteki takie jak posiada Paryż, Londyn, Wiedeń etc. były dziełem wielu
potężnych monarchów, wieki się składały na nie, gdy tymczasem w naszym kraju
jeden człowiek, jak Załuski, Ossoliński albo obecnie Świdziński, wszystko swoim
staraniem i kosztem zbierał, przez co ogromną ma w oczach naszych zasługę.
Co po nim pozostało?
Konstanty Świdziński zmarł dnia 29 listopada 1855 roku w Kijowie i tam został
pochowany. Jego pogrzeb przyciągnął tłumnie zarówno Polaków, jak Rosjan i
Ukraińców, profesorów i studentów uniwersytetu kijowskiego. Niedługo po
pogrzebie jego prochy zostały przewiezione do Królestwa Polskiego i złożone w
rodzinnym grobowcu w kościele parafialnym w Klwowie.
Ów grobowiec już dziś nie istnieje, został zniszczony podczas I wojny światowej.
Doczesne szczątki Konstantego zostały unicestwione, niestety podobny los spotkał
i ogromną część skarbów, jakie zbierał z taką pieczołowitością przez całe swoje
życie.
Najpierw po jego śmierci doszło do skandalu i walki o spadek pomiędzy braćmi
przyrodnimi Konstantego, a margrabią Aleksandrem Wielopolskim, któremu zmarły
powierzył zbiory z nadzieją, iż będzie on najbardziej odpowiednią osobą, która
zatroszczy się o byt materialny muzeum, a także zapewni szeroki dostęp do
zbiorów każdemu potrzebującemu. Znów zbyt dużo miejsca zajęłoby przypomnienie
zdarzeń sprzed półtora wieku, którymi żyła cała Warszawa przez kilka lat. Jednym
zdaniem powiem jedynie, iż niestety z różnych powodów, przede wszystkim
interesów prywatnych i kilkuletnich procesów, w niedługim czasie nastąpiło
umniejszenie zbiorów i uszczuplenie, czy wręcz zniszczenie ich podstawy
materialnej.
Na ratunek przyszli w końcu Krasińscy, którym udało się zażegnać spór i
przyłączyć uratowane zbiory do swojej ordynacji jako Muzeum Konstantego
Świdzińskiego. W „Dzienniku Literackim” z sierpnia 1860 roku napisano z
radością, że:
praca Konstantego Świdzińskiego nie poszła w niwecz. [...] Warszawa, ze
wszystkich sióstr swoich w Europie, najuboższa dotąd w rzeczy starożytności i
sztuki, pozyska więc teraz ważne bardzo zakłady. Biblioteka i muzeum Konstantego
Świdzińskiego, będą otwierały wstęp do zabytków i pamiątek przeszłości w tym
mieście, a lata późniejsze może da Bóg obficie zapiszą tego rodzaju katalogi,
których pierwsza dziś kartka poczęta jest pod tak pomyślną wróżbą. [...] Zbiory
Konstantego Świdzińskiego wraz z biblioteką ordynacji Krasińskich, umieszczone w
pałacu hr. Krasińskich, otwarte będą dla publiczności, a utrzymany do tego
osobny przewodnik, oprowadzać będzie i objaśniać zwiedzającym pamiątki w muzeum
zawarte na podobieństwo tych wspaniałych galerii włoskich, gdzie podróżnym
otwarty jest wstęp, wolny jak do kościołów, a gospodarz z ujmującą grzecznością,
ustępuje sam z sali do sali, aby obecnością swoją nie krępować w niczym swobody
ciekawych wędrowców.
Biblioteka w takim kształcie przetrwała niecałe 100 lat. II wojna światowa
zniszczyła ją prawie dokumentnie. Niemcy wielokrotnie wywozili najbardziej cenne
zbiory, od broni, po obrazy. Pewne cząstki Muzeum próbowali ratować Polacy;
także po wojnie niektóre eksponaty wywiezione przez hitlerowców zostawały
odnajdywane w różnych stronach świata. To co z nich ocalało dziś rozproszone
jest po wielu miejscach. Po upadku powstania warszawskiego, w październiku 1944
roku, hitlerowcy spalili gmach Biblioteki Krasińskich i znajdujące się w nim
pozostałe bezcenne zasoby. Ocalałe zaledwie 95 tysięcy druków trafiło po wojnie
do Biblioteki Narodowej w Warszawie i do dziś zbiory te tam się znajdują.
O Konstantym Świdzińskim, człowieku, który całe życie poświęcił na to, aby
kolejne pokolenia miały z czego czerpać wiedzę o przeszłości Ojczyzny, nikt już
prawie nie pamięta. Dlatego pozwoliłem sobie tym krótkim artykułem oddać mu hołd
i mam nadzieję w jakimś stopniu przyczynić się do ocalenia od zapomnienia osoby,
o której Łoski z głębokim przekonaniem pisał, że powinniśmy imię jego na wieki
otoczyć czcią i wdzięcznością.
20.01.2008