Maciej Rudziński
Kulturotwórcza rola ziemian
Z materiałów na Zjazd Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego w Warszawie, w dniu 6 czerwca 1992 r.
Wieś – majatek - dwór... Układ ten funkcjonował przez wieki, mniej lub bardziej harmonijnie, jako jedna organiczna całość. Wrośnięty korzeniami tradycji w rodzimą glebę, polski dwór nie tylko czerpał z niej soki, lecz promieniował wpływem kulturalnym i gospodarczym · na bliższe i dalsze otoczenie.
Gdy ukrywający się w naszym rodzinnym
majątku Wincenty Witos, miał odlecieć jesienią 1944 r. do Anglii, do
londyńskiego Rządu Mikołajczyka, wziął na dalszą daleką drogę jedną jedyną książkę:
Trylogię. Zapytany, powiedział mi wprost: "Jestem niemal ślepy, a Trylogię
znam od dziecka na pamięć".
Truizmem byłoby mówić tutaj, w Domu
Polskiej Literatury, o historycznym i kulturalnym znaczeniu ziemian, którzy
stanowili w Polsce klasę 10 razy liczniejszą i bardziej wpływową, niż w innych
krajach Europy, znaczonych przecież piętnem kultury mieszczańskiej. Bo czym
byłaby Złota Księga naszej tradycji narodowej bez setek pisarzy, muzyków,
plastyków ziemiańskiego pochodzenia, jak Sienkiewicz, Rey, Fredro, Moniuszko,
Szymanowski lub Paderewski, Witkacy, Grottger, czy Puget i Czapski? Albo bez
chlubnych kart, jak Komisja Edukacji Narodowej, Konstytucja 3-ego Maja,
Ossolineum, Puławy, Kórnik i wiele, wiele innych fundacji?!
Znał te fakty sam Stalin, skoro
mówił: "Polski nie da się tak łatwo zmienić, ani ujarzmić – oparta jest na
staroziemiańskiej kulturze". ...Istotnie, choć komunizm zrujnował
egzystencję polskich ziemian, wraz z zabytkową substancją ich domów, to
przecież w sferze niematerialnej poniósł sromotną klęskę moralną. Właśnie
dzięki naszej specyficznej kulturze i tożsamości narodowej, o której tak często
przypomina Ojciec Święty.
A dziś? Czy dwór ziemiański ma być na
zawsze wymazany z postkomunistycznego krajobrazu polskiej wsi? Czy nie może
odegrać dawnej kulturotwórczej roli?
Otóż może i – powinien ! Biorąc
udział w tzw. akcji upowszechnienia kultury, dojeżdżam od lat z zespołami
filharmonicznymi nie tylko do dużych ośrodków miejskich, lecz również do „zabitych
deskami” wiosek. Aż trudno uwierzyć: w XX wieku istnieją u nas miejscowości,
gdzie nie dociera teatr, kino, książka ! Ba, nie dociera nawet gazeta, odkąd
komunistycza RSW Prasa przestała dostarczać PAP-owską papkę... A poziom
nauczania i wyposażenia wiejskich szkół? I to, niestety, też odbiega od poziomu
wielkomiejskiego! Natomiast młodzież wiejska góruje nad zblazowaną i zazwyczaj
rozhukaną młodzieżą miejską. jedną cechą: dyscypliną, taktem i szczerym
otwarciem na kulturę i sztukę
przybywającą z tak zwanego „szerokiego świata”.
Dotknęliśmy tu złożonego w
postkomunistycznym społeczeństwie wiejskim problemu: tradycyjnego, rodzinnego
wychowania, a także – problemu sztuki ludowej. Sztuka ta, jak wiadomo,
rozwijała się przez wieki bujnie i spontanicznie, choć w mocnym powiązaniu z
dworem. Był on – obok kościoła – „stacją przekaźnikową” pewnych wzorców w
dziedzinie muzyki, instrumentów, architektury, czy nawet obyczaju i stroju.
Zresztą odbywało się to na zasadzie wzajemnej wymiany i sprzężenia zwrotnego.
Przykłady są dobrze znane: liczne pastorałki i ballady w stylu „Pani zabiła
Pana”, ludowe chodzone nazwane potem dworskimi polonezami, modne „maciejówki”
czy pasiaki łowickie będące dalekim echem papieskiej straży... Nie mówiąc
oczywiście o stylizacji tematów ludowych w dziełach Mickiewicza, Chopina,
Szymanowskiego.
Dziś folklor zamiera – nie tylko u
nas. Lecz wieś polska tracąc rodzimą sztukę, odcięta jest nadal od uniwersalnej
kultury miejskiej, czego nie można powiedzieć o jej odpowiedniku w krajach
zachodnich. Nie jest przypadkiem, że bohaterem znakomitego dzieła Kieślowskiego
„Krótki film o zabijaniu” jest właśnie sfrustrowany, wyobcowany ze środowiska
miejskiego młody chłopak wiejski...
Wydaje się więc, że powracający w
rodzinne strony ziemianin, od wieków przywykły do kontaktów ze sztuką,
pamiętający rodzinne tradycje budowania i fundowania szkół, ochronek czy domów
parafialnych – taki światły ziemianin mógłby stanowić pomost między miastem, a
wsią.. Przede wszystkim mógłby zaktywizować samorząd gmin, gdzie komunistyczne
wynalazki – różne GOK-i lub kina objazdowe – też umierają naturalną śmiercią.
Popularyzacja czytelnictwa, teatru, muzyki, filmu – prowadzenie naprawdę interesujących
pogadanek i dyskusji – to byłaby cenna, lecz jakże ciężka orka na tym naszym
ugorze. Sam brałem nieraz udział, w Niemczech i we Francji, w różnych
koncertach, na które właściciele dworów zapraszali okoliczną ludność. Warto
było widzieć jakie te koncerty miały powodzenie !
Ważne byłoby również odszukanie i
ożywienie zamierających źródeł rodzimej twórczości na wsi. Działalność tzw.
CPLiA, lub enklawy w postaci zespołów „Śląsk” i „Mazowsze” to przecież
namiastki żywej i twórczej sztuki ludowej. Oczywiście problemy te czekają na
osobną i wnikliwą analizę kadry specjalistów.
Osobnego omówienia wymaga też inny
palący problem: ochrona i konserwacja zabytkowych dworów. Odbyło się ostatnio w
Krakowie plenarne zebranie Zarządu Głównego Stowarzyszenia Historyków Sztuki,
gdzie wspomniany problem był szeroko omawiany. Konserwatorzy i historycy sztuki
z całej Polski biją na alarm: np. w zabytkowym parku, w gminie Gaj wandale
wycięli 70 cennych drzew! Gdzie indziej rozbierają stare mury zabytkowego
pałacu, lub spółka „Korona” proponuje sprzedaż dworu za plecami prawnego
właściciela. Toteż historycy krytykowali nowy projekt Ministerstwa Kultury i
Sztuki „Ustawy o Państwowej Agencji Zabytkowych Nieruchomości” i wystosowali do
Sejmu apel, aby w pierwszym rzędzie przeprowadzić odkładaną od miesięcy ustawę
reprywatyzacyjną. Wiadomo bowiem, że nikt lepiej nie zadba o zabytkowe dwory,
jak ich prawni właściciele, związani rodzinną tradycją z domem swego
dzieciństwa.
A sytuacja prawna pod tym względem
jest tragiczna: dalej w Polsce obowiązują dekrety bierutowsko-stalinowskie,
które doprowadziły do wywłaszczenia około 20.000 zabytkowych dworów, z czego
90% uległo zniszczeniu. Nowy projekt Ustawy MKiS nie gwarantuje zwrotu prawnym
właścicielom, natomiast tzw. rządowy projekt reprywatyzacyjny złożony w
ubiegłym roku w poprzednim Sejmie – był po prostu nierealny. Proponował
ewentualny zwrot dworów, nie wspominając nic o rewindykacjach majątkowych. A
przecież dwór i majątek, to integralna całość. Utrzymanie dworu bez zaplecza
majątkowego staje się czystą mrzonką!
Sprawy reprywatyzacyjne, ochrona
zabytków, szerzenie oświaty i kultury na wsi – wszystko to z kolei wiąże się z
jeszcze jednym problemem, z aspektem moralno-etycznym. Jak wiemy, ideologii
komunistycznej oparły się w Polsce dwa filary: kościół i polska wieś, która
najskuteczniej broniła swej wiary i „ojcowizny”. A Encyklika „Rerum Novarum”
wyraźnie mówi, że wyrugowane przez komunizm, naturalne prawo własności, ma dwie
funkcje społeczne: poczucie wolności i poczucie obowiązku. I co się dziś
okazuje? Że kiedy stalinowska piramida zniewolenia jednostek i narodów runęła,
to spod gruzów łatwiej odbudować wolność, niż tę drugą funkcję społeczną:
uczciwość, a także sens i etos pracy, o którym tak często przypomina Ojciec
Święty..
Otóż w Polsce obserwujemy na tym
polu pewien absurd. Administracja uznaje nowobogackie nomenklaturowe fortuny,
lecz opóźnia reprywatyzację. Czyżby uważała, że istnieje dobra, bo nowa i zła,
bo stara własność?! A przecież wspomnianych wartości społecznych nie wskrzesi
pazerny Bagsik, czy Bogatin, lecz właśnie prawni właściciele, którzy od pokoleń
wychowani byli w chrześcijańskiej świadomości, iż im większa własność, im
starsze jej korzenie, tym większe zobowiązanie wobec społeczeństwa i państwa.
Lecz postawmy sprawę na głowie:
załóżmy na moment, że zamiast dawnych właścicieli, majątki i dwory przejmuje
nowa, lub stara nomenklatura. Co wtedy? Po pierwsze, w świadomości
społeczeństwa wiejskiego powstanie głęboka rysa, tym głębsza, im mocniejsze
jest przywiązanie do wartości chrześcijańskich i wspomnianego pojęcia „ojcowizna”.
Wieś po prostu przestanie wierzyć w szczerość przemian, widząc, że mieszkańcy
miast odzyskują swą własność, a tylko tzw. wywłaszczeni „kułacy” i „obszarnicy”
traktowani są przez prawo III RP po macoszemu.
Jakie byłyby społeczno-ekonomiczne
reperkusje takiego spadku zaufania, lepiej nie mówić!
Tak więc reprywatyzacja i problem
ziemiaństwa staje się dziś jednym ze sprawdzianów praworządności i
wiarygodności państwa. Wiarygodności podwójnej – w oczach społeczeństwa
własnego i międzynarodowego. W imię tej właśnie praworządności Czesi i Węgrzy
już teraz oddają prawnym właścicielom zawłaszczone przez komunizm majątki i
dwory. Chodzi tu o wejście do Europy, czyli rozwój gospodarki rynkowej, kredyty,
bezpieczeństwo granic.
Nasz krąg się zamknął: mówiąc o kulturze, etyce, świadomości społecznej, wróciliśmy do ekonomicznych źródeł funkcjonowania gospodarki. Bo są to dwie strony jednego medalu, któremu na imię: polska racja stanu.
opublikowano w "Verbum Nobile" nr 1/1992