Andrzej Ścibor-Kotkowski
Wywiad z aktorką Lucyną
Winnicką
Lucyny Winnickiej nie trzeba specjalnie przedstawiać. Znana jest powszechnie ze swojej twórczości aktorskiej, choć nie tylko. Zadałem Jej parę pytań dotyczących pracy i życia osobistego.
Andrzej Ścibor-Kotkowski: Proszę powiedzieć jakie są Pani korzenie rodzinne?
Lucyna Winnicka: Korzenie rodzinne mego ojca, Bronisława Winnickiego, który był
adwokatem, wywodzą się z ziemi płockiej. Pamiętam nazwę miejscowości Tłuczewo
i herb Sas, z którym sygnet nosił mój stryj Leonard Winnicki. Mój ojciec nie
przywiązywał wagi do honorów dziedzicznych, gdyż sam wypracował sobie pozycję w
swoim środowisku pełniąc przez długie lata odpowiedzialne funkcje w adwokaturze. Był
m.in. członkiem Rady Adwokackiej, Sądy Koleżeńskiego oraz pełnił funkcję arbitra,
ponieważ uważany był za rzeczowego, bezstronnego i sprawiedliwego. Był świetnym
brydżystą i pamiętam nocne partie brydża "z dziadkiem" z udziałem mec.
Andrzeja Greinerta, Jarosława hr. Potockiego, którego tubalny śmiech budził mnie w
nocy w sąsiednim pokoju.
Moja Mama wychowywała się w Ciechanowie w dość trudnych warunkach, gdyż dziadek Karol
Cichowski pozostawił
babcię z trojgiem dzieci i wyleciał do Stanów "za chlebem". Niestety
"zapomniał" wrócić i być może założył nową rodzinę, którą
chciałabym bardzo odnaleźć i zaprzyjaźnić się. Może uda mi się to, gdyż wybieram
się do Stanów na Święta do córki Agaty (psycholog) i wnuków: Tomka i Mateusza.
Wnuczki może doczekam się od syna Piotra, który jest absolwentem Politechniki i
zaczął pracować u ojca, Jerzego Kawalerowicza, przy filmie "Quo Vadis". Mam
nadzieję, że odziedziczył po
nim talent. Z pierwszym mężem się rozeszłam, drugiego jeszcze nie mam.

Autor z Lucyną Winnicką w jej mieszkaniu. 8 grudnia 2000 r.
A. Ś.-K.: Jakie swoje role filmowe
i teatralne uważa Pani za najlepsze?
Lucyna Winnicka: Odpowiem brutalnie: w filmie Martę z
"Pociągu" i "Matkę Joannę od Aniołów". A w teatrze to te,
których nie otrzymałam, np. w sztukach: "Po upadku", "Ja Napoleon"
oraz innych współczesnych. Repertuar klasyczny
nigdy mnie nie ciągnął.
A. Ś.-K.:
Czy nie szkoda Pani odejścia od zawodu?
Lucyna Winnicka: Dla mnie aktorstwo było ciekawym
etapem życia, ale nie dało mi szans samorealizacji. Dlatego nigdy,
ani na chwilę nie żałowałam odejścia od zawodu. Przeżyłam kilka innych wcieleń,
jako podróżniczka-reporterka, inspirator medycyny naturalnej w Polsce, ucząc siebie, a
potem innych, niezwykle ciekawych technik i metod opartych na filozofii i medycynie
Dalekiego Wschodu. Od Akademii Życia, którą założyłam i prowadziłam ponad 10 lat,
rozpoczęły się zainteresowania medycyną naturalną. Dopiero dziś docierają one do
naszej, powszechnej świadomości w sposób akceptowany. Niestety - mniej bezinteresownie,
a zbytnia komercjalizacja nie służy skuteczności.
A. Ś..-K.: Jakie są sprawy bieżące, które obecnie najbardziej Panią absorbują?
L.W.: Ja muszę ze wszystkimi pomysłami na życie i
rozwiązanie jego bolączek przebijać się przez mur obojętności.
Sprawą, która mnie do dziś boli był i jest problem zniszczeń dokonywanych na
środowisku przyrody, ale co gorsze na środowisku wewnętrznym człowieka, na jego
psychice i duszy. Dlatego prowadziłam akcję zbierania podpisów pod apelem-protestem
przeciw brutalności i agresji w programach telewizji (zbierzemy 500.000 takich
podpisów). Sprawa
ta powinna stanąć na obradach parlamentu i zostać rozwiązana ustawowo. Zbieram je już
od paru lat - setki tysięcy ludzi,
jak dotąd nikt nie odmówił (poza parlamentem). Akcję tę prowadzę z Markiem
Kotańskim. Będę wdzięczna wszystkim,
którzy podejmą tę akcję, co może się przyczynić do tego, że będziemy znowu mogli
bez strachu spacerować wieczorami
po ulicach.
Najbardziej obecnie absorbuje mnie błyskawiczna degradacja wartości. Ludzie przestają
być ludźmi. Młodych wychowuje
się do przestępstwa - kradzież, zabójstwo jest chlebem powszednim. Ostatnio
doświadczyłam tego sama - ukradziono mi samochód, starą 15-letnią toyotę, spod okien
domu, w samo południe. Wierzyć się nie chce, że w cywilizowanym społeczeństwie jest
to wciąż możliwe. Sąsiedzi ponoć wiedzą kto, ale co z tego... Policja bezradnie
rozkłada ręce. Przepisy
nie pozwalają nie tylko aresztować, ale i przesłuchiwać. W państwie prawa stajemy
się państwem bezprawia. Edukowani przez telewizję ! (...)
A.Ś-K.: Jakie są Pani najbliższe plany twórcze?
L.W.: Nie mam już ambicji w dziedzinie aktorstwa, natomiast po mojej ostatniej
książce pt.: "W poczekalni Nieba" (Wydawnictwo Iskry) myślę o następnej
książce. Nie powiem jakiej, bo jako zodiakalny Rak, często zmieniam decyzje
i profesje.
A.Ś-K.: Wiem, że Pani książka pt."Podróż dookoła świętej krowy"
rozeszła się błyskawicznie. Czy będzie jej
drugie wydanie?
L.W.: Wydałam ją w 120.000 egzemplarzy. Na dzisiejsze czasy jest to nakład
astronomiczny. Czy będzie drugie wydanie? Może łącznie z drugim tomem... Na razie mam
tytuł: "Podróż dookoła rozpustnego byka".
A.Ś-K.: Jakie jest Pani hobby
pozazawodowe?
L.W.: Nie mam żadnego, jednego, określonego hobby.
Interesuje mnie wiele spraw, które do mnie przychodzą.
Poświęcam im mój czas i pasję - potem ustępują miejsca innym ważniejszym, którymi
nikt się jeszcze nie zajął.
A.Ś-K.: Co chciałaby Pani powiedzieć swoim wiernym wielbicielom i fanom?
L.W.: Że jeśli im się zacznie w życiu nudzić, albo przestaną widzieć sens -
niech zmienią zawód, małżonka albo nawet
partnera i uśmiechną się ... do lustra.